UFO -TEMATY
OBSERWACJA UFO NAD POWSTANIEM W GETCIE ŻYDOWSKIM (1943)

W trakcie przygotowań do prezentacji o UFO w Sydney została przypomniana sprawa bezprecedensowej obserwacji UFO w czasie Powstania w Getcie Żydowskim (1943). Jej autorem jest Kazimierz Bzowski (1925 – 2005), żołnierz Powstania Warszawskiego (1944), którego ta niezwykła obserwacja zainspirowała do zajmowania się zjawiskiem Niezidentyfikowanych Obiektów Latających. Jego relacja będzie zaprezentowana w różnych częściach świata dla ludzi interesujących się UFO jako dowód na to, że zjawisko UFO bardzo często towarzyszy ludziom w czasie wielkich momentów historycznych, a takim właśnie było Powstanie Warszawskie czy wspomniane wcześniej Powstanie w Getcie Żydowskim. Oto relacja pana Kazimierza zawarta w książce „UFO nad nami”, którą ostatnio otrzymaliśmy od stowarzyszenia „UFO-VIDEO” wraz… z tysiącami innych książek o UFO, o czym będzie jeszcze okazja napisać wielokrotnie, bo są tam naprawdę rzeczy bezcenne.
Była to wiosna, 9 kwietnia 1943 roku. Dzielnicę żydowską w Warszawie otaczać zaczynały samochody pełne uzbrojonych esesmanów oraz inne obcokrajowe formacje, o których obecnie przeważnie zapomina się opisując tamte dni. Dlaczego nie spotkałem w żadnym z opracowań o ostatnich dniach getta wzmianki o sąsiadach z za północnej dawnej polskiej granicy? Może dlatego by nie pogarszać stosunków z Litwą? Byli to bowiem znani z okrucieństw litewscy „szaulisi” (strzelcy) tym groźniejsi, że większość z nich mówiła dobrze po polsku. Ich mundury koloru zgniłej zieleni wyróżniały się czarnymi mankietami rękawów płaszczy i czarnymi kołnierzami.
Pamiętam z tamtego nieludzkiego czasu, że tych s...synów trzeba było się bardziej pilnować niż rodowitych Niemców, którym wysługiwali się na każdym kroku. Polaków nienawidzili chyba jeszcze bardziej niż Żydów, których mieli pilnować. Mam – po tylu latach – przed oczami każdy szczegół ich umundurowania i uzbrojenia.... Pamiętam również polskich policjantów w ich granatowych mundurach, do których jednak Niemcy nie mieli zaufania domyślając się, że wielu z nich nie tylko lituje się nad skazanymi na śmierć Żydami zamkniętymi w getcie, ale i w każdej formie stara się im pomagać. Dlatego też zatrudniano ich wyłącznie przy bramach wiodących do tej dzielnicy zawsze dodając im jako nadzorcę jakiegoś z „Schupo” (Schutz-Polizei, policji ochronnej), niemieckiego policjanta i zdarzało się, że starszy przodownik (starszy sierżant) Polak był nadzorowany przez szeregowca, ale Niemca...
Zbliża się godzina wczesnego poranku. Obserwujemy z zewnątrz, z dzielnic „aryjskich”,
czyli po prostu z terenu Warszawy pobliże bram getta. Wewnątrz otoczonej dzielnicy ani żywej duszy. Mieszkańcy getta zdawali sobie sprawę, że nadchodzi to najgorsze. Wielu z nich wiedziało zresztą o tym, że nadejdzie to właśnie tego dnia i byli w pogotowiu. Członkowie żydowskiej organizacji bojowej mimo nielicznego i słabego uzbrojenia gotowi byli umrzeć, w walce, z bronią w ręku. Nie dać się zarzynać jak bezbronne barany.
Czemu piszę o tym? Nie byłem przecież obrońcą getta, obserwowałem to wszystko z terenu Warszawy, z jej „aryjskiej” strony. Rzecz w tym, że wówczas jako osiemnastoletni młodzieniec, posiadający wrodzoną, wręcz fotograficzną pamięć wzrokową, wykonywałem zadania „zwiadowcy” w ramach AK co było szczególnie istotne przy rozpoznawaniu różnych rodzajów formacji wojskowych i policyjnych z większych odległości. Przeszedłem w tym kierunku specjalne przeszkolenie i to był jeden z kolejnych sprawdzianów moich umiejętności.
Wraz z moim dowódcą, starszym wiekiem i stopniem kolegą penetrowaliśmy od rana, od momentu rozpoczęcia holocaustu, pobliże zewnętrznych murów otaczających getto, zapamiętując i nanosząc na plany dokładne miejsca ustawienia cięższej broni, zaznaczając ich kaliber, donośność, pole ostrzału itp. dane, przydatne przy jakimś ewentualnym ataku z zewnątrz – a jak się domyślaliśmy dane te mogły zostawać przekazywane i do wnętrza getta, do wiadomości jego obrońców. Towarzyszył mi kolega „Bruno”, sierżant podchorąży ps. „Wąż”, tym cenniejszy przy tego rodzaju zadaniach, że mówił po niemiecku jak rodowity berlińczyk. Po południu owego dnia musieliśmy się już oddalić z najbliższej okolicy murów otaczających getto od północy. Każdy ktokolwiek się tam pojawiał, a nie był umundurowany, był ostrzeliwany właśnie przez tych szaulisów, których Niemcy wysyłali na tereny narażone na ogień obrońców getta.
Dzielnica płonęła, słyszeliśmy nieludzkie krzyki ludzi palonych żywcem, mury starych kamienic północnej dzielnicy zbliżonej do torów w pobliżu Dworca Gdańskiego i obecnych terenów Instytutów Chemicznych, w których wówczas mieściły się magazyny SS, otoczone były kłębami dymu. Domy podpalane były ogniem miotaczy płomieni, ostrzeliwane z kilku samochodów pancernych i granatników, które widzieliśmy stojąc teraz na szczycie wiaduktu nad torami Dworca Gdańskiego, po którym normalnie kursowały tramwaje łączące Warszawę z jej północną dzielnicą, Żoliborzem. Jednak w tramwajach tego pierwszego dnia walk w getcie było bardzo niewielu pasażerów. Razem z nami i koło nas stały grupki cywilnych Niemców i paru umundurowanych niemieckich kolejarzy robiących ze śmiechem zdjęcia w stronę walczącej dzielnicy i zabawiających się niewybrednymi, chamskimi żartami z jej obrońców. Tu przydała się znajomość języka niemieckiego mojego dowódcy. Dołączył się do tego chóru i bezczelnie pożyczył od któregoś z umundurowanych Niemców trzymaną przez niego wojskową lornetkę Zeissa.
Teraz obaj popatrywaliśmy w tamtą stronę, z odległości około kilometra precyzyjnie namierzając lornetką z wewnętrzną podziałką dziesiętną parametry dział samobieżnych, które nadjeżdżały ku kościołowi św. Jana Bożego przy wylocie ulicy Bonifraterskiej, stanowiącej północno-wschodnią granicę getta.
Było około godziny piątej po południu i kilkanaście minut po wypożyczeniu
lornetki, gdy nad mury i domy płonącej dzielnicy od strony zachodniej, od cmentarza powązkowskiego, zaczęło nadlatywać coś dziwnego. Była to kula o ostrych konturach, wewnątrz której widać było wyraźnie mieszające się ze sobą i przeplatające się palczasto-zaokrąglone pasy dwóch ostro widocznych barw: malinowej i ciemno-zielono-niebieskiej, tak zwanej „pawiej”.
Kula poruszała się ruchem falistym, podwyższając lekko i obniżając swój lot. Mając już wyrobione, rutynowe nawyki obserwacyjne określiliśmy obaj jej prędkość na porównywalną z niemieckim samolotem zwiadowczym typu Fieseler Storch, to jest około 80 do 100 km w powolnym locie nisko nad ziemią. Przez lornetkę widać było pojedyńcze okna górnych pięter płonących domów. Kula miała średnicę „czterech okien w starym budownictwie”, zaś wysokość lotu kuli nad domami określiliśmy jako „trzy kamienice nad kamienicą”. Przeciętna wysokość tych starych domów to cztery piętra plus parter, daje to około dwudziestu metrów, a zatem kula była nie wyżej niż sześćdziesiąt metrów nad domami i miała około ośmiu metrów średnicy. Tu przydała się podziałka kątowa w wypożyczonej niemieckiej lornetce; biorąc pod uwagę te parametry lotu, nieco później obliczyliśmy, iż „obiekt” był od nas oddalony w poziomie o około tysiąc sześćset metrów.
Niemcy i szaulisi strzelający ku oknom budynków, w których czasami się ktoś pojawiał, przeważnie nie żaden obrońca a tylko ktoś usiłujący się ratować z ognia, prawie jednocześnie na chwilę przerwali ogień – gdy kula wynurzyła się zza ściany dymów i nadleciała nad ich stanowiska u wylotu ulicy Bonifraterskiej, w pobliże dolnej południowej części wiaduktu nad torami kolejowymi., nad miejsce dobrze widziane zarówno przez nas jak i przez tych przygodnych widzów z „rasy panów”, którzy zresztą w tym momencie przypomnieli sobie o lornetce i zabrali ją „Brunowi”. Ale my już zdążyliśmy za pomocą tego niemieckiego sprzętu wykonać pracę zwiadowczą przeciwko im samym.
Przez kilka minut ze wszystkich luf broni ręcznej i maszynowej strugi
pocisków świecących kolorowymi punktami leciały w stronę nadlatującej kuli. Widać było, że przechodzą one całymi wiązkami na wylot przez nią, a ona jakby sobie nic z tego nie robiła... leciała całkiem wolno nad nimi, później w stronę Starego Miasta.
Tam na sekundę zatrzymała się nieruchomo po czym wzbiła się prawie pionowo wzwyż, niknąc na wysokościach z niewiarygodną prędkością. Tu nasze wprawione do obserwacji oczy zauważyły szczegół tego lotu, który przez dziesiątki lat nie miał nie tylko żadnego znaczenia ale i był niewyjaśniony... pozornie nawet nielogiczny. Otóż kula nadleciała od zachodu ale po sekundowym zatrzymaniu się, ulatując wzwyż odchyliła tor swojego lotu o kilka- kilkanaście stopni kątowych ku zachodowi, jakby z powrotem w stronę skąd przybyła... O tym czym ona była, dlaczego pojawiła się właśnie w tym czasie i co znaczyło to odchylenie lotu ku zachodowi, dowiedziałem się z badań nad UFO i „Siecią Wilka” dopiero czterdzieści lat później.
My sami wówczas podejrzewaliśmy, że może to być jakiś niezwykły obiekt latający, ale z pewnością nie niemiecki, skoro właśnie oni tak do niego strzelali. Nie wyglądało to jednak na coś skonstruowanego przez obrońców getta, prędzej na jakiś „aparat zwiadowczy” jednej ze stron biorących udział w wojnie.
Skąd mogłem wówczas wiedzieć, że po raz pierwszy w życiu dane mi było oglądać to, co w kilkanaście lat później zostanie nazwane mianem UFO? Tu właśnie przydała się fotograficzna pamięć. Ile razy znajdę się w pobliżu tego terenu przypomina mi się wszystko: walki w getcie, płonące domy, dym i krzyki ludzkie. Strzały esesmanów i ta kula majestatycznie przelatująca nad mordowaną, prawie bezbronną resztką mieszkańców.
Faktem jest jednak, iż od tego momentu – szczególnie w kilka lat po zakończeniu wojny – narastała we mnie chęć poznania tajemnic tego, co potocznie nazywamy UFO.
Powoli przeglądamy materiały z naszego Archiwum FN, które w tej chwili posiada chyba jeden z największych księgozbiórów w Europie książek i materiałów o UFO.
To – lekko licząc – około tysiąca woluminów z całego świata, a także dosłownie tysiące materiałów w formie skryptów, maszynopisów, rysunków itp. Jeśli ktokolwiek patrząc na ten zbiór neguje istnienie zjawiska UFO, to… nie ma sensu nawet o tym pisać.
Postać p. Kazimierza Bzowskiego jest bardzo bliska dla naszego kolegi z pokładu Nautilusa, który przysłał kilka słów do tego tekstu.
[…] Pana Kazimierza Bzowskiego poznałem w roku 1986 podczas jakiegoś spotkania o UFO, które zorganizowała w jednym z tzw. Ośrodków Kultury w Warszawie redakcja popularnej wówczas gazety. Redaktorzy tej gazety poszukiwali kogoś z Warszawy, kto „interesuje się UFO” i tak trafili na p. Bzowskiego. Potem wielokrotnie był gościem mojej audycji „Nautilus Radia Zet”, a ja także gościłem w jego domu. Mieszkał na jednym z górnych pięter dziesięciopiętrowego bloku. Pokazywał mi balkon, z którego prowadził obserwacje obiektów, a raczej czekał na coś takiego, co zobaczył w roku 1943 nad Gettem Warszawskim. Dziś już nie ma z nami Kazimierza Bzowskiego, nie ma także opisywanych przez niego świadków przelotów UFO, przeróżnych ekspertów jak np. Miłosława Wilka (kiedyś opiszę także moją wizytę w słynnym „Domu Map” pana Wilka na Powiślu).
Pamiętam charakterystyczną sylwetkę Kazimierza Bzowskiego, do dziś czasami odsłuchuję jego głos dzięki nagranej przez niego informacji na moją sekretarkę telefoniczną, kiedy jeszcze mieszkałem w Śródmieściu. 11 lat po jego śmierci wybrałem relację o „UFO nad Gettem Warszawskim” do naszej prezentacji w Australii i myślę, że wkrótce dzięki kolejnym spotkaniom na całym świecie stanie się ona głośna na wszystkich kontynentach. Trafi bowiem do przygotowywanej książki przez mojego kolegę z Wielkiej Brytanii „UFO I WOJNA”, która ma szansę stać się prawdziwym hitem wśród ludzi interesujących się UFO. W ten sposób spełnią się prorocze słowa pana Kazimierza Bzowskiego, który w jednym z swoich tekstów napisał:
Kończąc pisanie o UFO wiem, że gdy nadejdzie mój czas, będę mógł pomyśleć:
NON OMNIS MORIAR (Nie wszystek umrę; będę żył w moich utworach)

Kazimierz Bzowski (1925 – 2005)

Poniżej znajduje się lista komentarzy.
poprzednie wiadomości:
UFO - TEMATY
Nie, 16 luty 2014 22:11

HISTORIA BETTY I BARNEYA HILL'ÓW POKAZUJE PRAWDĘ O ZJAWISKU UFO... TO SĄ OBCE ISTOTY W POJAZDACH!Betty i Barney Hill przeżyli coś, co weszło do światowej klasyki ufologii. Miało to miejsce 19 września 1961 roku. czytaj dalej
Sob, 25 sty 2014 19:07

CZY DZIWNE DŹWIĘKI NA ZIEMI POCHODZĄ Z UFO?Ciekawą teorię przedstawił czytelnik serwisów FN. Jego zdaniem dziwne dźwięki słyszane w różnych miejscach świata mogą pochodzić od pojazdów UFO. czytaj dalej
Śr, 22 sty 2014 09:30

NOWY FILM JAMESA CARMANA O UFOFilm pokazuje obraz, który wyłania się z setek relacji o Bliskich Spotkaniach Trzeciego Stopnia. Najnowsze dzieło amerykańskiego producenta Jamesa Carmana może być ważnym głosem w dyskusji o UFO. czytaj dalej
Nie, 19 sty 2014 20:40

BRYTYJCZYCY BADAJĄ POJAWIENIE SIĘ UFO W LIPCU 2013Pilot jednego z samolotów, przelatujących nad londyńskim lotniskiem Heathrow, zgłosił przypadek bliskiego spotkania z UFO. Jego zdaniem tajemniczy obiekt zmierzał prosto na samolot i w ostatniej chwili udało się uniknąć kolizji. czytaj dalej
Wt, 9 lip 2013 08:02

NOWE FAKTY W SPRAWIE KATASTROFY UFO W ROSWELLFilm został okrzyknięty największym, najbardziej nikczemnym i najbardziej prymitywnym oszustwem w historii badania UFO. Nie zostawiono na nim suchej nitki, został opluty, wygwizdany i wyśmiany. Warto zapoznać się z jego historią – czas bliżej spojrzeć na film „Roswell Alien Autopsy” pokazany w 1995 roku, czyli słynny film z autopsji obcej istoty. czytaj dalej
Śr, 22 maj 2013 07:40

Astronauta Clervoy: w kosmosie czułem, że nie jestem samFrancuski astronauta, naukowiec i inżynier Astronauta Clervoyod opowiada, że w kosmosie zrozumiał prawdę o tym, że 'nie jesteśmy sami'. czytaj dalej



www.nautilus.org.pl
English version
Kanał RSS
Sob, 10 maj 2014 18:46 | brak oceny
kosma | Gość
Dziękujemy za ocenę.